|
artykuly
|
Jak nazwać oficjalnie „dezubekizację”. Słowo ubek jest stylistycznie mocno negatywnie nacechowane, co wyklucza je z obiegu paralmentarnego. Do tego dochodzi typ konstrukcji słowotwórczej, która wprawdzie jest formalnie prawidłowa (ktoś zadbał nawet o uniknięcie rozziewu przez wstawienie -z- między dwie samogłoski), jednak sporo słów z tego szeregu słowotwórczego budzi własne skojarzenia, np. deratyzacja, dezynsekcja — niby to pozytywne, bo przecież „higieniczne”, jednak w odniesieniu do ludzi niestosowne. Nie może zatem takie słowo wejść do nazwy ustawy, czego z pewnością nikt by nie próbował, ale też nie powinno być w stałym użyciu jako jej potoczna skrótowa nazwa w obiegu sejmowym. Z potocznego użycia w niższym rejestrze stylistycznym już go nie wytępimy, dopóki sprawa będzie aktualna, ale Parlamentowi trzeba pomóc nazwać rzecz neutralnie. Rozważmy możliwości: Ustawa rewokacyjna, retraktacyjna, retrodukcyjna, retrowersyjna Zaczynam od najlepszego określenia. revocare, revocatio = odwołać, cofnąć, odwołanie, cofnięcie revocare a privilegio – wykluczyć od przywilejów (Sondel, Słownik łacińsko-polski dla prawników i historyków s. 845, Vocabularium Iurisprudentiae Romanae T.5 szp. 204. ius revocandi – prawo odwołania czegoś (Sondel) Bliskie znaczeniowo byłoby drugie możliwe źródło: retractatio, retractare = mają one znaczenia odwołania, cofnięcia, wycofania, poprawienia prawa; retractare sententiam – zmienić wyrok w wyniku apelacji (Sondel s. 843) — tutaj wątpliwość budzi pewne skojarzenie z poprawieniem błędu formalnego, podczas gdy mamy do czynienia ze zmianą systemu wartości i praw, skłaniających do unieważnienia przywilejów nadanych swemu aparatowi teroru przez nielegalny reżym. Inne możliwości (retrodukcyjna, retrowersyjna), od: retroducere = wycofywać, odprowadzać retroversio = cofnięcie, zwrot — są mniej trafne; pierwsze oznacza raczej zwracanie czegoś odebranego, lub zawracanie z drogi. Zwłaszcza to pierwsze byłoby niesłuszne, gdyż sugerowałoby, że ktoś musiałby zwracać „nienależne” świadczenia, a chodzi tylko o wstrzymanie ich dalszej wypłaty w nieuzasadnionej wysokości. © Andrzej Dąbrówka |
Istnieje zwyczaj, że słowa łacińskie włączane w tok polskiego zdania bywają odmieniane jak w łacinie. Oto jeżeli utwór reprezentuje styl czy prąd określany np. jako ars nova, to ktoś powie o utworze „w stylu artis novae”. Sztuka pisania prozą - ars dictandi - będzie wykładana „w traktacie dotyczącym artis dictandi”.
Pobieżny ogląd wskazuje, że ta „zasada” dotyczy tylko rzeczowników w dopełniaczu, prawie zawsze liczby pojedynczej (wyjątkowo w mnogiej) – co jest oczywiście dziwne, jak na procedurę językową. No bo niby dlaczego akurat dopełniacz?
Zdarzają się ekscesy odwagi. Pojawia się termin łaciński zacytowany w bierniku: "włączenie w obręb dyscyplin właściwych retoryce philosophiam naturalem" – tu autor narusza rekcję polskiego gerundium - zawsze dopełniaczową, niezależnie od rekcji czasownika wyjściowego, tu: włączyć KOGO-CO, włączenie KOGO-CZEGO. Podobnie śmiały autor próbuje oddać miejscownik ablatywem: "zastosowanie w exordio (=exordium) sprzeczne jest z zasadami...”.
A co byłoby z narzędnikiem?
Jednak piszący tą metodą nie są konsekwentni nawet w stosunku do dopełniacza. Bo trudno często cytując łacińskie terminy stosować tę „zasadę” stale, więc spotkamy zdanie "upodrzędnianie roli captationis benevolentiae na rzecz docilitas i attentio" – we wszystkich trzech przypadkach występuje w polskiej sładni dopełniacz, ale termin łaciński tylko za pierwszym razem jest odmieniony.
Cała sztuczka z odmianą łacińskich słów w ramach polskiej składni jest niemożliwa do przeprowadzenia choćby dlatego, że w polskim systemie deklinacyjnym mamy jeden przypadek więcej.
Trzeba się zdecydować na jeden język, tzn. na gramatykę jednego języka, nie makaronizować tu i ówdzie, żeby zabłysnąć znajomością łacińskiej deklinacji.
Należy ten zwyczaj uznać za niemądry i pretensjonalny wybryk filologów klasycznych.
Andrzej Dąbrówka |
Otrzymaliśmy zapytanie dotyczące odmiany tytułu "Opowieści z Narnii". Jaka jest poprawna forma - Narnii przez dwa "i" czy po prostu Narni
Pytanie: Nie mogę strawić ciągłego pisania "Opowieści z Narnii". Pierwotnie było jedno "i", jakoś to lepiej wyglądało. W kilku miejscach toczyły się na ten temat dyskusje. Wynikło z tego jasno - w nazwie Narnia końcówkę czytamy "ńa", zupełnie odmiennie od Kalifornia, gdzie występuje dodatkowe zmiękczenie, wtedy otrzymujemy "ńja", dlatego też stosowanie podobnej odmiany w obu przypadkach, jest nieuzasadnione.
Andrzej Dąbrówka: To nie jest "dodatkowe zmiękczenie", tylko ślad dwusylabicznej wymowy cząstki -nia-, zawierającej dwie samogłoski, które normalnie tworzą dwie sylaby. Jej śladem jest wymowa Maryja, odzwierciedlająca łacińską wymowę Maria=Mari-a, co wszyscy wiedzą z "Ave Maria"
Tak więc Narnia jako wyraz obcy, wymawiany w źródłowym języku z rozdziałem samogłosek Narni-a, raczej powinna być po polsku wymawiana i odmieniana tak jak Kalifornia, czy Katania - nie jak polska Owczarnia, czy jak zwykłe słowa typu piekarnia, latarnia.
W związku z tym: raczej Narnii niż Narni. |
Nie mam zwyczaju wypowiadać się na temat poprawności językowej. Czasem jednak trzeba uzasadnić swoje wybory. Zebrałem poniżej garść refleksji na temat konkurujących ze sobą przymiotników unikalny – unikatowy; od jakiegoś czasu pierwsza forma jest zwalczana jako rusycyzm, na jej miejsce zaleca się formę drugą. Często są przedmiotem sporów z redaktorami, kończących się niekiedy gorzkim stwierdzeniem, że któraś ze stron nie zna języka polskiego. Zajmują stanowisko językoznawcy.
Oto m.in. prof. dr hab. Mirosław Skarżyński pisze w internetowej rubryce polonistycznych porad językowych – cytuję (z zachowaniem ortografii częściowo bezogonkowej) ze strony polonistyka.uj.edu.pl:
Ale powaznie rzecz biorąc, przymiotnik "unikalny" jest rosyjskim zapożyczeniem, które rozpowszechniło sie w polszczyźnie, całkiem zresztą niepotrzebne, ponieważ od rzeczownika "unikat" mamy przymiotnik regularny słowotwórczo "unikatowy", tj. będacy unikatem, majacy cechy unikatu; rzadki, wyjątkowy. niespotykany,...'. Stopien rozpowszechnienia w jezyku ogólnym owej pozyczki rosyjskiej jest jednak dośc duzy i np. w najnowszym "Słowniku poprawnej polszczyzny PWN pod red. A. Markowskiego" ocena poprawnościowa została złagodzona, co ozncza, że nie został on zdyskwalifikowany, natomiast opatrzony uwag: "lepiej" i tu podano synonimy. Nie bylem i chyba juz nie będę zwolennikiem "unikalnego", uważam bowiem, że nie jest on do niczego potrzebny, zas zapozyczenia akceptuję o tyle, o ile mają one uzasadnienie w brakach leksykalnych języak zapożyczajacego. A teraz, mając te informację, prosze zdecydowac, czy uzyważ "unikalnego", czy tez nie. Serdecznie pozdrawiam -
Tyle Autorytet krakowski. Już on sygnalizuje zatem pewne osłabienie pozycji normatywistów i łaskawsze spojrzenie na nasz „zakazany owoc”. Dalej jeszcze idą Mirosław Bańko i Maria Krajewska, Słownik wyrazów kłopotliwych (1995, s. 338): „obydwa wyrazy, unikalny i unikatowy, trzeba więc uznać za poprawne, a nawet wskazać na pierwszy z nich jako częstszy [choć od niego] mogą być czasem lepsze () wyrazy bliskoznaczne - wyjątkowy, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju”. Oględny jest w potępieniu ‘unikalnego’ Inny słownik Bańki: „Słowo niekiedy oceniane jako niepoprawne” (II: 916).
Całą sprawę można by oczywiście zbyć odwołaniem się do frekwencji: unikalny jest w dalszym ciągu częstszy niż unikatowy, obecnie trzykrotnie (ok. 150 tys. do 50 tys. użyć w Internecie). Zgodnie ze strukturalistycznym kryterium normy wywodzonej z powszechnego użycia, wyższość formy sekowanej jest oczywista. Intuicyjnie na tym opiera swoją zgryźliwą filipikę pod adresem normatywistów krakowski profesor historii Stanisław Grzybowski, który ironizuje, że mimo zadomowienia się w języku polskim formy "unikalny", jednak „znalazł się besserwisser forsujący formę unikatowy.” http://www.wsp.krakow.pl/konspekt/konspekt7/grzybowski.html
Jest mi to stanowisko bardzo bliskie. Znaczna różnica zdań nawet w samym Krakowie jest wiele mówiąca. Można by na tym zakończyć, ale wątpliwości ciągle istnieją i być może kilka uwag jeszcze się przyda w dalszych dyskusjach. Nie przedstawiam tu żadnego studium, tylko komentarz do szczątkowych argumentów, jakie dotarły do moich uszu.
Osoby niechętne słowu unikalny posuwają się do twierdzenia, że znaczy ono w języku polskim „dający się uniknąć” (tak jak palić – palny). Nikt tego słowa w tym znaczeniu nie używa – ale co to szkodzi normatywistom? Słyszę też, że przym. unikalny mógłby ktoś zrozumieć jako pochodny od uniku, czyli jak: zodiak – zodiakalny (dotyczący zodiaku); ale co miałby znaczyć utworzony według tego wzoru przym. unikalny – ‘wyrażający unik’? Znowu nieważne jest dla normatywisty, że nikt nie użył tego słowa w tym czy podobnym znaczeniu zależnym od uniku.
A co z unikatowym? Jeśli chcemy utworzyć przymiotnik od unikatu, to mamy do dyspozycji mechanizm typu: silikat > silikatowy, brokat > brokatowy. Ale nie jest to jedyna możliwość. Przede wszystkim, większość rzeczowników o podobnej budowie wcale nie tworzy przymiotników (np. falsyfikat, komunikat, prefabrykat). Inne tworzą je jeszcze inaczej: adwokat- adwokacki.
Mamy wreszcie parę: syndykat – syndykalny, która sprawia, że wywodzenie unikat > unikalny nie jest bynajmniej nieprawdopodobne. Nieco inaczej ma się sprawa ze słowami: pontyfikat, pontyfikalny, to ostatnie tworzy parę pokrewną znaczeniowo ze słowem pontyfikał. Jednakże jako wzór dźwiękowy istnieje w języku ciąg pontyfikat, pontyfikalny i może to być odbierane jako realizacja schematu leżącego u podstaw pary syndykat – syndykalny. W tych procesach słowotwórczych nie odegrała żadnej roli forma syndykatowy, świeżo ukuta od innego znaczenia słowa syndykat (=konsorcjum firm, nie: związek zawodowy).
Jeśli nawet unikalny jest rzeczywiście zapożyczony z rosyjskiego, to nie stanowi w polszczyźnie żadnego obcego ciała, wpisuje się bowiem w polskie mechanizmy słowotwórcze. Choć nie wykluczyliśmy słowa unikat jako możliwej podstawy przym. unikalny, za bardziej prawdopodobną podstawę uznałbym unicum, spotykane też w spolszczonej formie unikum. Jest to słowo dość rzadkie, ale par wyrazowych o budowie -um > -alny spotykamy bardzo dużo. Reprezentują one rozmaite struktury: muzeum – muzealny; monstrum – monstru-alny; uniwers-um – uniwers-alny; indywiduum – indywidualny.
Nie ma tu niechybnych mechanizmów: od słowa technikum nie ma przymiotnika, a od słowa centrum mamy przymiotniki tworzone na dwa lub trzy sposoby: centrowy, centralny, a do tego jest jeszcze koncentryczny (itp.). Zwyczaje się kształtują zależnie od różnych czynników działających z różną siłą (dynamicznie, nie mechanicznie). Z tego powodu nie należy oczekiwać jakichś absolutnie czystych klas wyrazów, dla których działałyby osobne reguły. Wystarczającym wzorem w naszej dyskusji mogą być takie ciągi wyrazowe (zaczynając od łac. przymiotników): unicus, unica, unicum > unicum, unikum – unikalny curiosus – curiosa – curiosum > kuriozum – kuriozalny
Nie potępiam słowa ‘unikatowy’. Uważam jedynie, że unikatowe może być tylko coś, o czym wolno sensownie orzec, że jest unikatem – czymś istniejącym w jednym egzemplarzu, który można wskazać i zobaczyć jako przedmiot jedyny w swoim rodzaju. Ten przedmiot może być zarówno pojedynczy – zabytek, pałac, prezent, sztuka odzieży – jak i zbiorowy: kolekcja, zestaw.
Ale ja nie powiem tak o czymś, czego nie można pokazać jako egzemplarza – zatem o takich pojęciach jak: system, zabieg, metoda, sposób, nastrój, widok. Te rzeczy mogą być unikalne, jeśli robią na nas wrażenie swoją wyjątkowością lub swoistością.
Andrzej Dąbrówka (VI 2005) |
Najstarsze zdanie polskie wypowiedział cudzoziemiec, a w dodatku dywersant.[1] Mam na myśli okrzyk "Biegajcie, biegajcie" (uciekajcie, bieżajcie), który przed bitwą legnicką 1241 roku wśród części polskich wojsk spowodował popłoch. Sprawcą był bodaj żołnierz tatarski, który Polaków namawiał do ucieczki po polsku, a po tatarsku zachęcał swoich do walki. Zaraz po pierwszym wypowiedziano drugie najstarsze zdanie: wygłosił je już Polak, książę Henryk Pobożny: na wieść o ucieczce oddziału Opolan z księciem Mieczysławem, który dał się oszukać dywersantowi, krzyknął on: "Gorze się nam stało!" (Spotkało nas wielkie nieszczęście) Bez żadnego związku z poprzednimi wypowiedziano trzecie najstarsze zdanie, o którym uczyłem się w szkole, że było pierwsze: "Daj, ać ja pobruczę, a ty poczywaj". To zdanie z kolei wypowiedział Czech osiedlony w Polsce i ożeniony z Polką -- to do niej tak powiedział. Można by wysnuć z tych zdań 3 przesłanki mitu założycielskiego polszczyzny:
Przeczytaj cały artykuł "Dąbrówka - Języki swoje i obce" |
|
Ponieważ na portalach internetowych znowu mnożą się pytania o to, co znaczy słowo "mataczyć", i skargi, że nie ma go w "zwykłych słownikach", udzielamy za darmo informacji, żeby była jasność: "mataczyć" to inaczej manipulować, kombinować, kręcić, mącić, namieszać, siać zamęt, namotać, (na)rozrabiać, łowić ryby w mętnej wodzie... Polecamy "Słownik synonimów" (...) Mataczenia ciąg dalszy
Zjawisko mataczenia przybiera zastraszające rozmiary i aż się trochę boimy, czy nie przyczyniamy się do jego popularyzacji udostępniając za darmo te wiadomości każdemu kto zechce. Ale cóż, idźmy dalej i powiedzmy, że od form czasownikowych podanych poprzednio ("mataczyć") można w razie potrzeby utworzyć formy rzeczownikowe (gerundium, odmienia się jak rzeczownik, ale nie ma liczby mnogiej). Prawie wszystkie podane poprzednio czasowniki tworzą gerundia: mataczenie, manipulowanie, kombinowanie, kręcenie, mącenie, mieszanie, sianie zamętu, motanie, łowienie ryb w mętnej wodzie... |
|
Porównanie dwu podobnych słowników, aby mogło dać obraz ich zależności, powinno odbywać się na kilku płaszczyznach. Należy ocenić: Charakter składowych jednostek hasłowych, zestawu jednostek (liczby haseł), powiązań semantycznych między jednostkami, oraz struktury formalnej słownika jako pewnego rodzaju książki.
(1) Charakter składowych jednostek hasłowych. W zależności od rodzaju słownika będą to A) słowa wieloznaczne, B) pojedyncze znaczenia słów, C) związki frazeologiczne (o różnym stopniu stałości), oraz D) grupy wyrazowe będące już to przykładami użycia, bądź konstrukcjami możliwymi w tym języku, które autor słownika buduje dla zademonstrowania możliwych użyć. Powyższe typy jednostek są uporządkowane pod względem malejącej powszechności: od takich, które stosuje każdy słownik, do takich, które są wynikiem inwencji autora danego słownika i stanowią jego wyłączną własność intelektualną. O tym, czy dana konstrukcja jest własnością danego autora decyduje fakt, że nie występowała ona w dotychczasowych słownikach. (2) Liczba haseł. Zestawy składowych jednostek hasłowych mogą się różnić w zależności od wielkości obu słowników. Teoretycznie mniejszy słownik może prawie w całości zawierać hasła, znajdujące się w większym słowniku, z wyjątkiem haseł typu D. (3) Powiązania semantyczne między jednostkami hasłowymi. Chodzi tu o definicje znaczeń w słownikach opisowych (semazjologicznych), lub o zestawianie znaczeń w ciągi synonimiczne w słownikach onomazjologicznych. Własnością intelektualną autora jest zarówno definicja, jak i powiązanie różnych słów w ciąg wyrazów bliskoznacznych. Ciągi te (z wyjątkiem par w rodzaju dentysta – stomatolog) są układane na podstawie indywidualnych kryteriów: miejsca w strukturze i myślowego kojarzenia opartego na ocenie bliskości znaczeń. Każdy taki wielowyrazowy ciąg nie wynika w sposób konieczny z właściwości języka, ale jest owocem pracy autora słownika i stanowi jego własność. O oryginalności ciągu decyduje fakt jego niewystępowania w tej kolejności w innych słownikach. (4) Struktura formalna słownika jako pewnego rodzaju książki. Słowniki opisowe mają prostą, płaską strukturę: składają się z reguły z pewnej liczby haseł ułożonych alfabetycznie, zbudowanych na schemacie: Słowo – definicja 1, 2, 3, użycia. Ten schemat jest podstawową i zwykle jedyną strukturą słownika opisowego. Taką płaską strukturę mogą jednak mieć także słowniki onomazjologiczne (Kurzowa, Cienkowski). Mogą mieć też strukturę inną – wielopoziomową – być zbudowane z gniazd tematycznych, uporządkowanych numerycznie i alfabetycznie; gniazda mogą dzielić się na podgniazda, ich zaś zawartością nie są nigdy pojedyncze słowa, ale ciągi bliskoznaczne. Wybór takiej a nie innej (wielopoziomowej a nie płaskiej) struktury należy do autora. Oryginalność wybranej struktury jest odwrotnie proporcjonalna do liczby słowników, które ją stosowały przed danym słownikiem. Podobieństwo między różnymi słownikami stosującymi strukturę wielopoziomową może się odnosić do jednego, dwu, trzech, czterech lub pięciu poziomów: 1. ewentualny podział słownika na gniazda i indeks; 2. uporządkowane pary gniazd – np. w słowniku antonimów, 3. gniazda, 4. podgniazda, 5. ciągi synonimiczne); jako 6. aspekt dodać należy ocenę budowy indeksu, jeśli takowy jest w słowniku. Ponieważ podział słownictwa na pola znaczeniowe (gniazda) nie jest w żaden sposób ustalony ani powszechnie przyjęty, wszelkie podziały gniazdowe proponowane przez wychodzące słowniki są propozycjami autorskimi. Wszelkie zbieżności między różnymi słownikami na każdym poziomie nie wynikają z konieczności językowych, ani nie mogą być rzeczą przypadku. Andrzej Dąbrówka |
Projekt ustawy językowej dał początek zabawie narodowej, która przetoczyła się przez łamy gazet, a jej odgłosy słychać było w radiu. Każda metoda jest dobra, aby ludzie zainteresowali się językiem. Nie należy jednak wzbudzać nadmiernych nadziei, że tą drogą uda się usunąć ze słownictwa "chwasty" i wprowadzić na ich miejsce piękne kwiaty polskie.
Jeśli nawet przyjąć do wiadomości, że istnieje w języku naturalnym coś takiego jak chwasty (można mieć co do tego wątpliwości), trzeba zgłosić zastrzeżenia. Za rzadko mówiąc o języku odróżnia się płaszczyznę indywidualnego mówienia od systemu językowego, który istnieje i funkcjonuje niezależnie od poszczególnych jednostek. Zbyt optymistycznie oceniamy możliwości współtworzenia języka: to się odbywa tylko w wielkiej skali, w zbiorowej aktywności; nie z woli jednostek - choć bywa że i poprzez celny jednostkowy wkład. Ale i on, aby nie popadł w zapomnienie (jak techniczny wynalazek, który nie przebił się na rynek, albo nowy gatunek kwiatu, którego hodowca nie chce sprzedać) musi trafić do komunikacyjnej wspólnoty, a ona musi go przyjąć.
To samo dotyczy znikania słów ze słownictwa: coś takiego nie następuje drogą czyjejkolwiek decyzji. Przez dziesiątki lat słowniki języka polskiego nie zawierały pewnych słów, a one nie znikły z mowy, przeżyły w ustnej tradycji i nieźle się mają. Jeśli gdzieś zapada śmiała decyzja o usunięciu pewnego słowa, to musiałoby iść w ślad za nią rzeczywiste i powszechne nieużywanie słowa przez nikogo, a do takiego zachowania trudno jest wszystkich ludzi namówić. Zwykle kończy się więc na przemilczaniu słów uznanych za niewygodne. Robią to ci, którzy uważają, że są odpowiedzialni za kształt systemu języka, albo ci, którym wydaje się, że są jego właścicielami.
Rzeczywiste wyrugowanie istniejących słów, zwłaszcza powszechnie znanych, rzadko się udaje i zawsze wymaga dłuższego czasu - czynnik czasu jest przy tym ważniejszy niż wysokość nakładów na propagowanie "wynalazku". Ktoś powie: kiedyś (wiemy to dzięki geniuszowi Tuwima) hydraulicy mówili "droselklapa tandentnie zablindowana i ryksztosuje", a dziś tego nie słyszymy. To prawda. Ale nie słyszymy nie dlatego, że ci, co tak mówili, zrozumieli swój błąd i się oduczyli, ale dlatego, że... wymarli. Dziś słyszymy inne pokolenie, które inaczej mówi, bo rzemiosła uczyło się nie u majstra (ze słuchu), ale w szkołach, z książek. Nauczyciele przedmiotów zawodowych w szkołach technicznych mogliby wiele powiedzieć o tym, jak trudno jest zwalczyć ustną tradycję z tymi wszystkimi sztamajzami, meslami itd. Upłynęły dziesięciolecia, kosztowało to mnóstwo, a czy to się do końca udało?
Wprowadzenie nowych słów na miejsce takich, które już są zakorzenione, ponieważ pełnią zwykłe funkcje i nie są rzadkimi terminami, jest nie mniej trudne. Jeden człowiek, nawet z najlepszymi pomysłami, niczego nie zmieni. Byli tacy, co się nawet dali ukrzyżować, spalić, rozstrzelać, żeby dowieść swojej prawdy, ale jeśli dziś wiemy coś o tej prawdzie, to nie dlatego, że była wyjątkowo ważna, tylko dlatego, że przy tamtych ludziach byli lub szybko się znaleźli liczni zwolennicy, którzy przekazywali ich myśl dalej tak długo i skutecznie, aż stała się wspólną własnością większych wspólnot. Rzucono przed laty pomysł, aby wyrwać brzydki chwast 'mass-media' i mówić 'publikatory' (propagował to m.in. red. Ibis). Niewiele można zarzucić temu słowu, ma w porównaniu z rywalem same zalety: odmienia się, jest umotywowane etymologicznie (nawiązuje do zakorzenionych w polszczyźnie słów o podobnej budowie) - i co? Odnotowują je słowniki, ale nie pamiętam, aby go ktoś (z wyjątkiem prymasa Glempa) naprawdę go używał.
Dlaczego ludzie używają obcych słów w obcym brzmieniu?
- Bo one już funkcjonują! A stało się tak, gdyż do czegoś to było potrzebne; słowa "zagraniczne" towarzyszą importowanym towarom, z różnych (słusznych czy niesłusznych) powodów wydają się "lepsze", znane słowa się starzeją, a w pewnych dziedzinach życia (nie tylko na rynku towarowym) nowość ma wartość wymierną w różnych walutach (nie tylko pieniądzu, także jakiejś atrakcyjności). Nowość, a więc i nowa nazwa, która zwykle zresztą jest potrzebna,bo i stare rzeczy pojawiają się w nowych odmianach, co wymaga odróżnienia. Tak więc i tu potwierdza się zasada, że ludzie zawsze mówią, aby coś zmienić wokół siebie, żeby załatwiać swoje sprawy.
Nowe słowa mają szansę zadomowienia się, kiedy wchodzą z nowymi rzeczami; to tam powinna się skupić energia "prawodawców" języka. Potrzebne są językoznawcze wskazówki, aby uniknąć zabawnych nieporozumień jak osławiony "zwis męski" czy "podgardle dziecięce" (zresztą do ich wyeliminowania nie trzeba aż wielkiej kompetencji językoznawczej, starczyłaby odrobina trzeźwości).
Dlatego nie twierdzę, że opinia językoznawcza musi mieć od razu kształt normatywny (aż się boję to napisać, żeby ktoś nie zechciał tego zrealizować: PN - polska norma na nazwę, tak jak na inne cechy produktu); przy czym nie chodzi tu o zastrzeżenie znaku towarowego, ale o spełnienie pewnych warunków o charakterze językowym? Normy językowe nie powinny stawać się normami prawnymi, odpowiedniejszy jest ich obecny status - norm pragmatycznych: jeśli się do nich nie stosujesz, nie porozumiesz się właściwie z resztą danej wspólnoty. Wolno ci to robić, ale na własny koszt.
Andrzej Dąbrówka (c) Podkowiański Magazyn Kulturalny http://free.art.pl/podkowa.magazyn/ |
|
|
|
|
|
|